sobota, 22 lutego 2014

Ideologia dżemu i budyniu. Czyli za ile, gdzie i po co?

Pod naporem mojej furii, obrzydzenia i szpachli szoku coś wesoło pizgneło w krzaki z odgłosem czegoś, co ktoś za mocno przydeptał. Przez chwile stałem jak wryty, a chomik powoli z okropnym skrzypieniem metalowego kółka w moim mózgu, pomagał mi ujarzmić rzeczywistość. Ogarniaj; szedłeś sobie spokojnie tym leśnym borem, napawałeś się świeżym powietrze i słuchałeś arii pogrzebowych śpiewanych przez wrony, a tu nagle coś bez wesołego okrzyku; ‘Szuprajs!” wyskoczyło za zasp i zaczęło…. Obśliniać twój ogon.
- Fuuuu!- aż tepneło mną dwieście dwadzieścia wolt.- Co… to ma znaczyć?!- wyzipiałem jak gotujący czajnik, rozglądając się we wszystkie strony i szukając tego, czego co przed chwilą poznało zasady grawitacji.
- Jeeeeju!- nagle coś stęknęło i moje oczy wyłapały ruch za zaspami.
- Ty!- nie czekając na nic, doskoczyłem do tego czegoś, rozpalając wewnętrzny ogień Inkwizycji, która z wielką przyjemnością knuje plan wysłania na stos wszystkich niewiernych. Chwyciłem to za chabety i ku mojemu zdziwieniu wyciągnąłem ze śniegu… szczeniaka. Szarego małego wilczka z czerwonym ornamentem w kształcie gwiazdy, który zdobił czubek jego głowy. Nieprzytomny błądził wzrokiem gdzieś poza horyzont.
 Chyba za mocno go trzepnąłem…
- Hallooo!- ryknąłem, potrząsając tą kulką sierści.- E! No! Komornik przyszedł! Chowaj pianino!- … i nic.- Kutwa mac i jego buraki! Jak ci do tyłka napcham śniegu to dopiero będziesz miał pobudkę!
- Khem… żeocochodzi?- zapodał idżeligentnie wyostrzając obiektyw i zatrzymując się nad moją osobą. Lompił się jak Żyd po pustym sklepie, niezbyt chyba ogarniając, że go trzymam, więc puściłem go litościwe.
- Nic ci nie jest? – zapytałem.- Znaczy chodzi mi o twoje zdrowie fizyczne, bo mózg chyba gdzieś zgubiłeś po drodze, bo kto widział, żeby KTOKOLWIEK próbował ZEŻREĆ CZYJŚ OGON?
- Ha! Ha! Ha! No wiesz…- zarechotał, wzrokiem szukając drogę ucieczki. Mhy… Mruu, bo mu dam. 
- No właśnie, że nie wiem. Może byś mi to tak…. Wytłumaczył?- z każdym słowem przybliżałem się do smarka, który odruchowo cofał się do tyłu, aż natrafił na przeszkodę w postaci pnia drzewa.
- No bo…. No, przepraszam! Byłem głodny i pomyliłem pana ogon z żelkiem!- wyszeptał niepewnie, jakby z wrażeniem, że podpisuje na siebie jakiś wyrok.
- HAHAHA!- Łooo Panie! Jak nagle nie ryknąłem opętańczym śmiechem, to żem z wrażenia klepną na ziemie. 
- Yyy? Psze pana, nic panu nie jest?- aż się biedne dziecko zaniepokoiło moim pogarszającym się zdrowiem psychicznym
- Nii…- otarłem łezkę z kącika oczu.- Nazywam się Haagenti Lacume’ Dei, ale mów mi Hage. Bo jestem pewny, że i tak nie spamiętasz. A ty pseudo- freeganie, jak masz na imię?
- Ardes!
- No, Ardes. Czemu mój ogon akurat musiał być tym, który bliżej spotkał się z twoim śladem DNA? Nie łatwiej upolować taką sarenkę, kaczkę czy nawet myszkę niżeli dorosłego basiora? Czy to jakaś moda na kanibalizm?
- Mówiłem, że pomyliłem twój ogon z żelkiem… A polować, nie upoluję… bo nie umiem.- wymamrotał speszony.
 No tak… Ile to może mieć? Pięć miesięcy? Sześć? Nie więcej z pewnością…. A ty każesz mu latać mu przez bur za jeleniem! Idiota!
 Z tego wszystkiego przypomniało mi się, co ta stara Wiedźma, która mnie przygarnęła, mówiła o młodym narybku: „- Nie lubię dzieci, za długo się gotują…”.
- Dobra… Rozumiem. Poczekaj tu chwilę. I ani się rusz!- wydałem polecenie kudłaczowi, a sam z dobroci serca podrałowałem parę metrów w głąb lasu, tuż na torfowisko.
 Błoto i śnieg razem dają najgorsze możliwe połączenie. Wieźcie mi... Chodząc, a raczej brodząc przychodzi mi tylko jedno niemiłe skojarzenie….
 Nagle niezgrabny ruch w szuwarach, przerwał moje rozmyślanie nad ideologią budyniu i dżemu.
 Uśmiechnąłem się szarmancko i zrównałem się z poziomem gleby. Spiąłem mięśnie i nagle jednym susem znalazłem się w trawie, rozwalając nielegalne stowarzyszenie zwolenników RM.

- Baczność! Towarzyszu Dymitrze!- uchachany jak debil, wyskoczyłem za zasp, robiąc mały dżihad kudłaczowi, który czekał tam gdzie mu nakazałem.
 Asu podskoczył, wesoło kwiknął i wyprężył się jak Azjatycki maszt, nieudolnie wykonując salut.- T- Tak!
- Hah! No dobra, dzieciaku. Ciesz się bo stowarzyszenie, które ma w logo jakiegoś drewniaka zlitowało się nad tobą i za pośrednictwem wujcia Hage, przynosi ci to!- pod nogi szarak rzuciłem martwą kaczkę.- Smacznego!
- A- ale, no…?!
- Czego marudzisz!? Jedz! Mówiłeś, że głodny!
 Dzieciak zilustrował mnie dziwnym wzrokiem niepewności, jednak najprawdopodobniej ssące uczucie w żołądku wygrało, bo rzucił się na truchło. Po chwili nie było po tym śladu…
- Nie słodkie…
- Co?- cichy głos Asu, wyrwał mnie z lakonicznej czynności czyszczenia pazurów.
- Nie słodkie.- powtórzył, tym razem głośniej.
 Aaa… Coś tam wspominał, że lubi żelki. Mhy.. może mógłbym dodać jakieś jagody? Tylko skąd o tej porze roku je wytrzasnę?  Trawa uschła. Jednak może na szuwarach byś się coś znalazło, bo igły z pewnością by mu nie posmakowały…
Chwila!
- E! Ja tu się produkuje, robię za Caritas, a ty masz jakieś wąty! Na słodycze trzeba zasłużyć!- fuknąłem, zawijając ogona.- Tankowiec zatankowany? Więc teraz chodź!
- C- co?
- Chodź! Szybko! Nie mamy wieczności…

~Hage  


5 komentarzy: