Pod naporem mojej furii, obrzydzenia i szpachli szoku coś
wesoło pizgneło w krzaki z odgłosem czegoś, co ktoś za mocno przydeptał. Przez
chwile stałem jak wryty, a chomik powoli z okropnym skrzypieniem metalowego
kółka w moim mózgu, pomagał mi ujarzmić rzeczywistość. Ogarniaj; szedłeś sobie
spokojnie tym leśnym borem, napawałeś się świeżym powietrze i słuchałeś arii
pogrzebowych śpiewanych przez wrony, a tu nagle coś bez wesołego okrzyku;
‘Szuprajs!” wyskoczyło za zasp i zaczęło…. Obśliniać twój ogon.
- Fuuuu!- aż tepneło mną dwieście dwadzieścia wolt.- Co… to
ma znaczyć?!- wyzipiałem jak gotujący czajnik, rozglądając się we wszystkie
strony i szukając tego, czego co przed chwilą poznało zasady grawitacji.
- Jeeeeju!- nagle coś stęknęło i moje oczy wyłapały ruch za
zaspami.
- Ty!- nie czekając na nic, doskoczyłem do tego czegoś,
rozpalając wewnętrzny ogień Inkwizycji, która z wielką przyjemnością knuje plan
wysłania na stos wszystkich niewiernych. Chwyciłem to za chabety i ku mojemu
zdziwieniu wyciągnąłem ze śniegu… szczeniaka. Szarego małego wilczka z
czerwonym ornamentem w kształcie gwiazdy, który zdobił czubek jego głowy.
Nieprzytomny błądził wzrokiem gdzieś poza horyzont.
Chyba za mocno go
trzepnąłem…
- Hallooo!- ryknąłem, potrząsając tą kulką sierści.- E! No!
Komornik przyszedł! Chowaj pianino!- … i nic.- Kutwa mac i jego buraki! Jak ci
do tyłka napcham śniegu to dopiero będziesz miał pobudkę!
- Khem… żeocochodzi?- zapodał idżeligentnie wyostrzając
obiektyw i zatrzymując się nad moją osobą. Lompił się jak Żyd po pustym
sklepie, niezbyt chyba ogarniając, że go trzymam, więc puściłem go litościwe.
- Nic ci nie jest? – zapytałem.- Znaczy chodzi mi o twoje
zdrowie fizyczne, bo mózg chyba gdzieś zgubiłeś po drodze, bo kto widział, żeby
KTOKOLWIEK próbował ZEŻREĆ CZYJŚ OGON?
- Ha! Ha! Ha! No wiesz…- zarechotał, wzrokiem szukając drogę
ucieczki. Mhy… Mruu, bo mu dam.
- No właśnie, że nie wiem. Może byś mi to tak….
Wytłumaczył?- z każdym słowem przybliżałem się do smarka, który odruchowo cofał
się do tyłu, aż natrafił na przeszkodę w postaci pnia drzewa.
- No bo…. No, przepraszam! Byłem głodny i pomyliłem pana
ogon z żelkiem!- wyszeptał niepewnie, jakby z wrażeniem, że podpisuje na siebie
jakiś wyrok.
- HAHAHA!- Łooo Panie! Jak nagle nie ryknąłem opętańczym śmiechem,
to żem z wrażenia klepną na ziemie.
- Yyy? Psze pana, nic panu nie jest?- aż się biedne dziecko
zaniepokoiło moim pogarszającym się zdrowiem psychicznym
- Nii…- otarłem łezkę z kącika oczu.- Nazywam się Haagenti
Lacume’ Dei, ale mów mi Hage. Bo jestem pewny, że i tak nie spamiętasz. A ty
pseudo- freeganie, jak masz na imię?
- Ardes!
- No, Ardes. Czemu mój ogon akurat musiał być tym, który
bliżej spotkał się z twoim śladem DNA? Nie łatwiej upolować taką sarenkę,
kaczkę czy nawet myszkę niżeli dorosłego basiora? Czy to jakaś moda na
kanibalizm?
- Mówiłem, że pomyliłem twój ogon z żelkiem… A polować, nie
upoluję… bo nie umiem.- wymamrotał speszony.
No tak… Ile to może
mieć? Pięć miesięcy? Sześć? Nie więcej z pewnością…. A ty każesz mu latać mu
przez bur za jeleniem! Idiota!
Z tego wszystkiego
przypomniało mi się, co ta stara Wiedźma, która mnie przygarnęła, mówiła o młodym
narybku: „- Nie lubię dzieci, za długo się gotują…”.
- Dobra… Rozumiem. Poczekaj tu chwilę. I ani się rusz!-
wydałem polecenie kudłaczowi, a sam z dobroci serca podrałowałem parę metrów w
głąb lasu, tuż na torfowisko.
Błoto i śnieg razem dają
najgorsze możliwe połączenie. Wieźcie mi... Chodząc, a raczej brodząc
przychodzi mi tylko jedno niemiłe skojarzenie….
Nagle niezgrabny ruch
w szuwarach, przerwał moje rozmyślanie nad ideologią budyniu i dżemu.
Uśmiechnąłem się szarmancko
i zrównałem się z poziomem gleby. Spiąłem mięśnie i nagle jednym susem znalazłem
się w trawie, rozwalając nielegalne stowarzyszenie zwolenników RM.
- Baczność! Towarzyszu Dymitrze!- uchachany jak debil,
wyskoczyłem za zasp, robiąc mały dżihad kudłaczowi, który czekał tam gdzie mu
nakazałem.
Asu podskoczył,
wesoło kwiknął i wyprężył się jak Azjatycki maszt, nieudolnie wykonując salut.-
T- Tak!
- Hah! No dobra, dzieciaku. Ciesz się bo stowarzyszenie,
które ma w logo jakiegoś drewniaka zlitowało się nad tobą i za pośrednictwem wujcia
Hage, przynosi ci to!- pod nogi szarak rzuciłem martwą kaczkę.- Smacznego!
- A- ale, no…?!
- Czego marudzisz!? Jedz! Mówiłeś, że głodny!
Dzieciak zilustrował
mnie dziwnym wzrokiem niepewności, jednak najprawdopodobniej ssące uczucie w
żołądku wygrało, bo rzucił się na truchło. Po chwili nie było po tym śladu…
- Nie słodkie…
- Co?- cichy głos Asu, wyrwał mnie z lakonicznej czynności czyszczenia
pazurów.
- Nie słodkie.- powtórzył, tym razem głośniej.
Aaa… Coś tam
wspominał, że lubi żelki. Mhy.. może mógłbym dodać jakieś jagody? Tylko skąd o
tej porze roku je wytrzasnę? Trawa uschła.
Jednak może na szuwarach byś się coś znalazło, bo igły z pewnością by mu nie posmakowały…
Chwila!
- E! Ja tu się produkuje, robię za Caritas, a ty masz jakieś
wąty! Na słodycze trzeba zasłużyć!- fuknąłem, zawijając ogona.- Tankowiec
zatankowany? Więc teraz chodź!
- C- co?
- Chodź! Szybko! Nie mamy wieczności…
~Hage
Teraz sama nie wiem, czy biedny Hage, czy biedny Asu, że trafił akurat na Hage :D
OdpowiedzUsuńAle.... Ja chce słodkie!
OdpowiedzUsuńBiedny ja bo nie dostałem żelusia!!
OdpowiedzUsuńEm... Kto tera pisze?
OdpowiedzUsuńJa coś mogę naskrobać ;)
Usuń